To był niesamowity wyjazd. 19 czerwca 2015 roku Sandra, jej ciocia i ja spotkałyśmy się na lotnisku Chopina w Warszawie, aby wyruszyć w podróż życia. Po dotarciu do hotelu byłyśmy bardzo zmęczone ze względu na wczesną pobudkę, dlatego odłożyłyśmy wielkie emocje na następny dzień, a teraz wybrałyśmy się do oceanarium. Było ciekawie, glądałyśmy rekiny, płaszczki, koniki morskie, moreny i wiele, wiele innych. Robiłyśmy dużo zdjęć i bardzo miło spędziłyśmy czas. Pod wieczór wylegiwałyśmy się przy hotelowym basenie, także dzień upłynął spokojnie, ale tego właśnie potrzebowałyśmy żeby mieć siły na prawdziwą przygodę.

Następnego dnia przyjechałyśmy do Gardalandu zaraz po otwarciu i rozpoczęło się wielkie szaleństwo. Korzystałyśmy z przeróżnych atrakcji od spokojnych po te mrożące krew w żyłach ;) Na niektórych można było się nieźle zmoczyć co było bardzo przyjemne biorąc pod uwagę jaka pogoda jest we Włoszech. Sandra grała też w wiele gier typu tłuczenie talerzy piłeczką, w których za odpowiednią (dużą) liczbę trafień można było wygrać równie dużą maskotkę. Szczególnie zależało jej na wygraniu około półmetrowego Minionka. Wszystkie 3 próbowałyśmy swoich sił aby spełnić to małe marzenie, ale żadnej się nie udawało. Mimo to bawiłyśmy się świetnie!

Wróciłyśmy do hotelu wieczorem na kolację i krótki odpoczynek, bo to nie był koniec czekających na nas tego dnia atrakcji. Zaplanowałyśmy ten wyjazd tak, żeby być na miejscu podczas otwarcia sezonu letniego Gardalandu. W związku z tym park był tego dnia (albo raczej nocy) czynny do 3 rano! Przed drugim już wyjściem postanowiłam wręczyć Sandrze dyplom spełnionego marzenia. Jej reakcja przewyższyła moje najśmielsze oczekiwania. Dziewczyna zdążyła zaledwie powiedzieć „dziękuję” i cała zalała się łzami. W tym momencie wszystkie trzy się przytuliłyśmy i stałyśmy w uścisku dłuższą chwilę, bo łzy się nie kończyły. Zaproponowałam Sandrze, że dam jej później nową teczkę na dyplom, bo ta ucierpiała i była cała mokra, jednak nasza marzycielka postanowiła zachować tę, na której odbiły się jej szczere emocje.

Po tym wzruszającym momencie wybrałyśmy się do parku na nocne zabawy. Działo się dużo. Była brazylijska parada, pokazy z ogniem i scena na której grał znany DJ (żadna z nas co prawda go nie znała, ale z tłumów które przyszły bawić się do jego muzyki i opisów na ulotkach wnioskujemy, że taki właśnie był – znany). Sandrze bardzo się podobało. Nie ma z resztą co się dziwić. Było naprawdę super, a dodatkowo to była jej pierwsza impreza także każdy z nas chyba może sobie wyobrazić jakie emocje musiały jej towarzyszyć. Poza tańczeniem pod sceną oczywiście dużą atrakcją było jeżdżenie na karuzelach po ciemku. Tej nocy było czyste niebo, dzięki czemu czasami byłyśmy dosłownie wśród gwiazd! Niesamowity efekt. Na koniec jeszcze, dla żartu, poszłyśmy o 2.30 na karuzelę dla dzieci J Było bardzo śmiesznie. Na karuzeli było sporo osób, ale sami dorośli J Wróciłyśmy do hotelu o 3 rano. Jestem pewna, że Sandra nigdy tego nie zapomni.

Zważywszy na to jak wyglądała noc, następnego dnia znowu musiałyśmy odpocząć przed dalszymi emocjami. Było to jednak niezwykle przyjemne. Ponownie poszłyśmy na basen i tak miło spędziłyśmy sobie przedpołudnie. Po południu po raz kolejny pojechałyśmy do parku jeszcze raz pobawić się na najfajniejszych atrakcjach. Jak już postanowiłyśmy wracać do hotelu, Sandra ostatni raz spróbowała wygrać Minionka. No i udało się!!! To była wisienka na szczycie naszego Gardalandowego tortu J A jak już wspominałam, konkursy były naprawdę trudne, także brawo Sandra J Wieczorem dostałyśmy jeszcze jedną wisienkę do tortu – kompletny brak kolejek! W ogóle nie przeszkadzał nam fakt, że musiałyśmy wstać przed 5, aby zdążyć na samolot. Opuściłyśmy park dopiero jak go zamykali, czyli o 23. Tak było fajnie!

Serdecznie dziękujemy Rainbow Tours za spełnienie marzenia Sandry w tak wspaniały sposób – niczego nie dało się zorganizować lepiej! A ty Sandro, nigdy nie przestawaj marzyć ;)