Zakochałam się…

Mimo że od ponad 10 lat mam męża i dwie super córki, moje serce nagle skradł Ktoś zupełnie nowy, Ktoś, kogo wcześniej w ogóle bym o to nie podejrzewała… Tym Kimś przez duże „K” jest nasz Marzyciel, 6-letni Staś! :-)))

Kiedy razem z Mateuszem i Przemkiem jechaliśmy spełnić marzenie Stasia, denerwowałam się. Minęło już nieco czasu, odkąd ostatni raz spełniałam marzenie jednego z naszych podopiecznych, poza tym towarzyszący mi wolontariusze już wcześniej Stasia poznali, a ja nie; bałam się więc, czy będę umiała właściwie się zachować, złapać kontakt z chłopcem, no, wiecie, czy On mnie w ogóle polubi?? Tymczasem moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne! Stasiu okazał się tak fantastycznym małym chłopcem, że od razu złapaliśmy nić porozumienia, chowając się już w pierwszych minutach naszego pobytu w Jego kryjówce za kanapą, gdzie Marzyciel zdradził mi jeden ze swoich sekretów (ale ciiiicho sza! Nie zdradzę go Wam!)…

Bitwa na balony ostatecznie połączyła nas, wolontariuszy, i Marzyciela, w zintegrowaną grupę. Dopiero wtedy zdradziliśmy Stasiowy prawdziwy powód naszej wizyty… Hura! Nowy, żółty laptop  i żółte słuchawki, tak wymarzone i wyczekane przez chłopca, w końcu znalazły się w Jego rękach!!!

„Spełniło się moje marzenie” – szeptał uszczęśliwiony Staś, rozwijając kolejne warstwy papieru, w który zawinęliśmy upragniony sprzęt. I takie słowa słyszeliśmy tego wieczora z Jego ust jeszcze wiele razy…

Spotkanie ze Stasiem na pewno na zawsze pozostanie w mojej pamięci; zresztą, mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy i urządzimy kolejną balonową bitwę :) Staś, mimo że jest już po kilku chemiach, a przed kilkoma kolejnymi cyklami leczenia, jest jednocześnie tak dzielny i tak energiczny, że naprawdę ciężko nam było czasami dotrzymać mu kroku w szalonych zabawach :).

Dla mnie jednak najpiękniejszą i najbardziej wzruszającą chwilą podczas spotkania z Nim, chwilą, którą pielęgnuję w swoim sercu, była ta, kiedy mały Marzyciel podał mi swój ulubiony, zielony długopis, z którym nigdy się nie rozstawał; a kiedy tłumaczyłam mu, że dziękuję, ale nie chcę go przyjąć, bo wiem, ile ten długopis dla Niego znaczy, powiedział: „Masz ciocia. Ty jesteś dla mnie ważniejsza niż ten długopis”.

To marzenie nie spełniłoby się tak cudownie, gdyby nie pomoc dwóch osób: najpierw pani Oli Lewińskiej, dziennikarki bydgoskiego wydania Gazety Wyborczej, która z własnej inicjatywy nagłośniła nasze fundacyjne działania; oraz chcącego pozostać anonimowym Darczyńcy, który już od razu, w dzień ukazania się artykułu w gazecie (!!!), napisał do mnie SMSa: „Pani Magdo, chcę spełnić jedno z „laptopowych” marzeń. Chcę spełnić marzenie Stasia.”

Tacy ludzie są dla nas, wolontariuszy,  i przede wszystkim dla naszych Marzycieli, prawdziwym „zbawieniem” w czasach, gdy wszyscy pędzimy przez życie i ciężko jest nam znaleźć chwilę na zastanowienie: czy może i ja mogę komuś, w jakikolwiek sposób, pomóc? To nie zawsze muszą być pieniądze (choć one faktycznie pomagają spełnić największe marzenia bardzo ciężko chorych dzieci) – czasem wystarczy właśnie nagłośnienie starań wolontariuszy, udostępnienie fundacyjnego posta wśród znajomych na Facebooku czy poświęcenie chwili swojego czasu na wolontariat. Pamiętajmy o tym!